W dolinie górnej Narwi

Ta ziemia jest inna. W oczy uderzają inne barwy, powietrze niesie inny zapach, ludzie inaczej tu mówią, inaczej zdobią domy i świątynie, a krzyże mają inny kształt. Skręcając w lewo z drogi Białystok - Bielsk Podlaski lub w prawo z drogi Białystok - Hajnówka przekraczamy granice narodowościowe, wyznaniowe, kulturowe, gdzieniegdzie pokonujemy nawet barierę czasu - echo gospodarki naturalnej wciąż dobrze tu słychać. Narew jeszcze niedawno swobodnie na tym odcinku meandrowała, tworząc rozlewiska i starorzecza. Sztuczny zalew Siemianówka i inne regulacje odebrały jej sporo dziewiczości, ale nie pozbawiły uroku. Cywilizacja wlewa się w te strony powoli, z oporami, niekiedy świadomie odpychana. Pięknie i cicho tu o każdej porze roku. Na przedwiośniu rzeka rozpełza się leniwym nurtem, wczesną wiosną pokryte przed chwilą wodą łąki przeistaczają się w kolorowe kobierce - dominuje złoto dorodnych kaczeńców, potem ostry róż firletek poszarpanych, biel rzeżuchy łąkowej. Nie eksploatowane od lat, stopniowo się renaturalizują, porastając bujną roślinnością łąkową i szuwarami. A ponieważ me słychać już, jak dawniej, pracujących kosiarzy, z tym większą siłą przebijają się krzyki spłoszonego z gniazd dzikiego ptactwa, a zwłaszcza charakterystyczne odgłosy żurawi. Tam gdzie wciąż jeszcze łąki się kosi, wszystko nasącza zapach suszonego siana, wzmocniony aromatem tataraku. Lato przynosi nowe zapachy. Tradycyjnych snopów już się niemal nie spotyka, ale w upalne dni dojrzewające zboże czuć jak dawniej intensywnie. W starorzeczach królują dostojne nenufary. Krajobraz tchnie wtedy spokojem i melancholią. Jeszcze mocniejszy akcent refleksji i zadumy przynosi jesień. Przyroda zamiera, lecz srebmo-rudo-płowe barwy koją oczy. Zimą łąki bajeczną koronką pokrywa szron, a nurt więźnie w lodowych okowach, czekając na cud życiodajnej wiosny. Człowiek zadał nadnarwiańskiej przyrodzie mocne ciosy, ale ona się mu nie poddała, wciąż rządząc się własnymi prawami. Coraz częściej przyjeżdżają tu ornitolodzy i zwyczajni miłośnicy wodnego ptactwa, by obserwować je w naturalnym środowisku. Spokój rzeki nie jest odwieczny. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu ludzie uwijali się nie tylko na pobliskich polach, ale - zwłaszcza na przedwiośniu - na wodzie. Tędy przez stulecia flisacy spławiali cenne drewna z Puszczy Białowieskiej. Kłody czarnego już dębu wciąż odnajdywane są na brzegach i przyległych łąkach. Położone w dolinie Narwi wsie swój charakterystyczny układ - ulicówek - zawdzięczają przede wszystkim szesnastowiecznej reformie agrarnej, zainicjowanej przez Bonę w dobrach królewskich, zwanej pomiarą włóczną. Drewniane zabudowania mają jednak o wiele krótszą metrykę. Prawdziwą katastrofę dla tej okolicy przyniosły lata I wojny światowej i okres powojenny. Latem 1915 roku miejscowa ludność masowo ruszyła na tak zwane bieżeństwo - w głąb Rosji, w ucieczce przed nadciągającymi wojskami niemieckimi. Po kilku latach wracano do spalonych, w najlepszym razie zdewastowanych, gospodarstw, na porosłe samosiejkami pola. Odbudowywano wszystko od podstaw. Uprzywilejowaną barwą architektury pozostał jak dawniej niebieski, od błękitu po granat. Tym kolorem pokrywano domy, cerkwie, kapliczki i krzyże. Nowe domy zyskały oryginalne, misternie rzezane zdobienia - nadokienniki, podokienniki, narożniki. Przeważały motywy roślinne - gięte gałązki z liśćmi, przeplatane geometrycznymi - owalami, ząbkami, kolistymi bądź nieregularnymi otworami. Rzadziej pojawiały się zoomorficzne, zwykle ptaki. Wzdłuż dolnej krawędzi wiatrownic wycinano ten sam element zdobniczy - serce, trójkąt bądź prostokątne zęby. Płaszczyzny szczytów wypełniano deseczkami różnorodnych układach. Umieszczano też w nich jedno lub dwa okienka w ozdobnej ornamentyce. Zamożniejsi gospodarze przed wejściem stawiali ganeczki. Przed domami pojawiły się wówczas - i przetrwały do dziś - ogródki z georginiami (teraz zwanymi daliami), floksami, peoniami...

Nowym elementem były też charakterystyczne filągowe okiennice. To im kilka tutejszych wsi - Puchły, Trześcianka i Soce - zawdzięcza ukutą na potrzeby programów turystycznych nazwę Krainy Otwartych Okiennic. Otwartych tak w sensie dosłownym, jak i przenośnym. Mieszkańcy tych wsi między sobą rozmawiają śpiewnymi gwarami języka białoruskiego (nawet polski w ich ustach wydaje się miękki i melodyjny) i modlą się w prawosławnych, także drewnianych, o ciekawej architekturze, cerkwiach. Bliskie sąsiedztwo innych narodowości i religii, wzajemne ich przenikanie, ukształtowało oryginalny dorobek nie tylko materialny, ale i duchowy. Zaświadczają o tym na przykład przydrożne kapliczki, w których rzeźby zastąpiono ikonami. Wyjątkowo bogaty jest też tu chłopski folklor.

Atmosfera dawnej wsi podlaskiej wciąż jest uchwytna. Zagrody niczym z płócien dawnych pejzażystów, choć nadszarpnięte zębem czasu, trwają, rozdzielone charakterystycznymi, wyłącznie drewnianymi płotami, zwanymi dawniej obalasy lub balasy.

Niszczycielskiemu działaniu czasu nadal próbują opierać się wiejskie krzyże z jedną lub dwiema dodatkowymi poprzeczkami. Wotywne, ogromne, wyciosane z jednego kawałka drewna, niekiedy zwieńczone kutym żelazem, stopniowo tracą proporcje, coraz głębiej wkopywane w ziemię. Starsze od nich są kamienne, często także z niewielkim kutym krzyżykiem u góry, nieraz z półksiężycem. Stawiano je z obu stron wsi, na skraju zabudowań, by stróżowały, chroniąc mieszkańców - jak wynika z napisów - od pomoru, powodzi, głodu, ognia i wojny. Często ustawiano je też w polu i lesie na granicy gruntów sąsiadujących wsi, a zwłaszcza na rozstajach dróg.

Zapóźnienie cywilizacyjne, jedną z przyczyn opustoszenia okolicy, przybysze z zewnątrz odbierają jak błogosławieństwo. Zakonserwowało ono tradycyjny układ wsi, sieć dróg, budownictwo i obyczaje, dobroczynnie wpłynęło na środowisko, a im samym pozwoliło odnaleźć oazę wolną od współczesnego zgiełku i pospiechu. Moda na "miejskie" siedliska dociera jednak i tutaj. Nawet miejscowi, remontując swoje domy, często odchodzą od lokalnych tradycji. Turyści, jeśli chcą z bliska przyjrzeć się doskonale zharmonizowanemu współżyciu ludzi i natury, muszą się zatem pospieszyć.

Irena Matus